Od „poidełek dla koni” do słynnego hotelu – to najbardziej absurdalne samowole budowlane

„Poidełka dla koni”, które okazały się domkami na wynajem, luksusowa willa postawiona na dachu bloku czy budynek mieszkalny wyrastający nad warsztatem samochodowym – polscy inwestorzy miewają zaskakujące pomysły. Mimo wydania nakazu rozbiórki niektóre obiekty wciąż nie zostały zlikwidowane. Poznaj najbardziej absurdalne samowole budowlane.
- Pięć domków dla turystów zamiast „poidełek dla koni”
- Zbudował blok na warsztacie samochodowym. Sprawa ciągnie się od 2012 roku
- Willa z ogrodem na dachu bloku z PRL-u
- Czarny Kot stał się legendą Warszawy. Po latach zniknął z mapy stolicy
Pięć domków dla turystów zamiast „poidełek dla koni”
O tym, że inwestorzy decydujący się na nielegalną budowę mają sporo fantazji, wiadomo nie od dziś. Co jakiś czas w mediach pojawiają się jednak informacje o inwestycjach, w które trudno uwierzyć. Tak było na przykład ze słynnymi „poidełkami dla koni” na Bachledzkim Wierchu w Zakopanem. W 2020 roku na terenie objętym zakazem zabudowy pojawiła się duża wiata oraz materiały budowlane. Właściciel działki przekonywał, że przygotowuje się do budowy „zbiornika na wodę dla koni”, czyli tak zwanego poidełka, a powstająca obok droga miała służyć organizacji kuligów.
Urzędnicy nie dali się oszukać i wydali nakaz rozbiórki, ale chytry właściciel nie zamierzał podporządkować się tej decyzji. Sprawa została nagłośniona przez Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Podhale i trafiła przed Sąd Rejonowy w Zakopanem. Okazało się bowiem, że w czasie, gdy trwało postępowanie, inwestor wykorzystał drewno zgromadzone na działce, stawiając pięć domów przeznaczonych pod wynajem turystyczny. W sierpniu 2025 roku Sąd Rejonowy skazał go na 5 tys. zł grzywny za złamanie miejskiej uchwały dotyczącej Parku Kulturowego i nakazał przywrócenie terenu do wcześniejszego stanu. Inwestor odwołał się od tego wyroku.
W sierpniu 2026 roku Sąd w Nowym Sączu rozpatrzył odwołanie, utrzymując w mocy wyrok Sądu Rejonowego. Oznacza to, że los pięciu domków, nazywanych ironicznie „poidełkami dla koni”, jest przesądzony. Niestety, rozbiórka tych obiektów może okazać się trudna i czasochłonna.
"Sąd Okręgowy w Nowym Sączu utrzymał w mocy wyrok dotyczący samowoli budowlanej, tzw. "poidełek dla koni", na Bachledzkim Wierchu w Zakopanem. Orzeczenie jest prawomocne. Inwestor ma przywrócić teren do jego poprzedniej formy."
— Venek (@Venek__) August 6, 2026
~finansewp pic.twitter.com/vImq3zRRSo
Zbudował blok na warsztacie samochodowym. Sprawa ciągnie się od 2012 roku
Zakopiańskie „poidełka dla koni” to jeden spośród wielu przykładów absurdalnych samowoli budowlanych. Mieszkańcy Krakowa z pewnością kojarzą słynny blok mieszczący się przy ulicy Centralnej 57, który został wybudowany na warsztacie samochodowym. W 2012 roku inwestor nie dostał pozwolenia na nadbudowę, przebudowę oraz rozbudowę tego obiektu, ale mimo negatywnej decyzji prace budowlane ruszyły.
W kolejnych latach budynek systematycznie się rozrastał. W 2020 roku budowa przyspieszyła, a inwestor korzystał z pandemicznych przepisów, które dopuszczały realizację niektórych inwestycji bez zezwolenia i wbrew miejscowym planom zagospodarowania przestrzennego. Obiekt został przedstawiony jako magazyn przeznaczony do przechowywania środków ochrony osobistej, natomiast lokale mieszkalne miały pełnić funkcję miejsc izolacji osób chorych na koronawirusa. Dzisiaj blok liczy cztery piętra i 81 lokali na wynajem.
Inwestor wykorzystuje wszystkie możliwości prawne, aby odwlec niekorzystne dla niego rozstrzygnięcia. W lipcu 2025 roku Małopolski Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego uchylił decyzję o rozbiórce nadbudowanej i rozbudowanej części obiektu i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. Mimo wielu lat walki z inwestorem kontrowersyjna samowola wciąż nie doczekała się rozbiórki.
Willa z ogrodem na dachu bloku z PRL-u
Jeszcze bardziej zaskakują przypadki samowoli z przeszłości – wiedzą o tym na przykład mieszkańcy Jastrzębia-Zdroju. To właśnie tam w latach 90. na dachu niedokończonego bloku z czasów PRL zaczęła powstawać ogromna nadbudowa. Jedni mówili, że wyglądem przypominała futurystyczną willę, a innym kojarzyła się ze statkiem kosmicznym. Pomysłodawcą tej inwestycji był prywatny detektyw pracujący w Hamburgu, z wykształcenia budowlaniec.
W 1994 roku mężczyzna zakupił mieszkania znajdujące się we wspomnianym budynku. Nowy właściciel chciał stworzyć na dachu bloku przestrzeń mieszkalno-biurową otoczoną zielenią. Początkowo ten budynek wielorodzinny miał liczyć dziesięć kondygnacji, ale spółdzielni wystarczyło pieniędzy jedynie na budowę pięciu pięter. Detektyw przystąpił do realizacji swojego planu, jednak „ogródek” dość szybko zaczął się rozrastać do imponujących rozmiarów. Ostatecznie na dachu bloku powstała nadbudowa o powierzchni około 2 tys. m². Była to gigantyczna konstrukcja z tarasami, akwarium, pomostami, wielkimi przestrzeniami i drzewami. W planach znajdowały się także basen oraz przestrzeń dla zwierząt.
Z czasem okazało się, że tak duża nadbudowa może zagrażać konstrukcji budynku oraz jego mieszkańcom. W 2019 roku nakazano jej rozbiórkę. Ustalono również, że część projektów, opinii i ekspertyz, na podstawie których obiekt powstawał, była fałszowana. Sprawa trafiła przed sąd, zarzuty usłyszały cztery osoby, a prawomocny wyrok zapadł między innymi wobec właściciela, kierownika budowy i rzeczoznawcy. Właściciel domagał się później od spółdzielni 20 mln zł odszkodowania, na tyle wyceniając swój nietypowy penthouse. Rozbiórka obiektu ruszyła dopiero w 2024 roku – udało się zdemontować część konstrukcji, co pochłonęło aż 3 miliony złotych.
WoW - nie słyszałem o tym :)
— MindVoyager (@Karol1669024) June 1, 2026
Kosmiczny penthouse na bloku z PRL-u. Miało być zoo, została ruina
W latach 90. Jastrzębie-Zdrój stało się tłem dla jednej z najbardziej kuriozalnych historii w polskiej architekturze. Przy ulicy Północnej, na dachu typowego, niedokończonego bloku z… pic.twitter.com/drmsCFrHVg
Czarny Kot stał się legendą Warszawy. Po latach zniknął z mapy stolicy
Jednym z niechlubnych symboli polskiej samowoli budowlanej pozostaje budynek warszawskiego hotelu Czarny Kot. Sam obiekt jakiś czas temu zniknął z miejskiego krajobrazu, ale Warszawiacy wciąż pamiętają tę charakterystyczną samowolę. Budynek znajdował się przy skrzyżowaniu ulic Okopowej i Powązkowskiej. W latach 80. był to niewielki, parterowy pawilon handlowy obsługujący głównie osoby odwiedzające pobliskie Powązki. W latach 90. budynek zaczął wzbogacać się o nowe dobudówki – część z nich powstawała nielegalnie. Budynek liczący prawie 20 metrów wysokości został przekształcony w hotel.
O Czarnym Kocie mówiło się bardzo dużo przede wszystkim ze względu na jego niecodzienny wygląd. Budynek był prawdziwą architektoniczną mozaiką. Obiekt posiadał elementy charakterystyczne dla zamkowych baszt, ale też przypadkowe podziały elewacji. Przy wejściu do obiektu ustawiono figury lwów i kolumienki, a całości dopełniała symboliczna fosa.
Od lat 90. właścicielki obiektu prowadziły niekończące się spory z administracją i nadzorem budowlanym. Przełom nastąpił dopiero w 2018 roku. Naczelny Sąd Administracyjny wydał wtedy prawomocny wyrok nakazujący rozebranie nielegalnie dobudowanych fragmentów. Prace rozbiórkowe rozpoczęły się w grudniu 2019 roku, a do kwietnia 2020 roku zniknęły najwyższe kondygnacje. W 2021 roku zapadło kolejne rozstrzygnięcie dotyczące przekazania oczyszczonej posesji miastu, a teren został przejęty przez komornika. Po blisko trzech dekadach jeden z najsłynniejszych symboli polskiej samowoli budowlanej przestał istnieć.
