Mieszkania kosztowały 1500–2500 zł za metr. Tak wyglądał rynek 20 lat temu

Na początku lat 2000. osiedla z wielkiej płyty wyglądały jak wyjęte z czarno-białego kadru. Szarość wchodziła wszędzie: w elewacje, klatki, podwórka. Z niedocieplonych ścian uciekało ciepło, a kruszący się tynk odsłaniał bezwstydnie prefabrykowane wnętrze bloków. Zanim nadeszła era pastelozy, te miejsca tworzyły surowy, zaskakująco spójny pejzaż modernistycznych brył. Tylko czy ktoś wtedy uważał to za piękne — czy raczej za przygnębiające? Odpowiedź wcale nie jest oczywista, a opinie potrafią ostro się zderzać.
- Pasteloza: jak bloki zyskały kolory
- Mieszkania z wielkiej płyty: ceny sprzed 20 lat
- Historia hotelu Silesia w Katowicach
- PRL-owskie ikony Katowic: Separator i Ślizgowiec
Pasteloza: jak bloki zyskały kolory
Tak zwana pasteloza to zjawisko, które szczególnie nabrało tempa na początku XXI wieku. Wraz z falą termomodernizacji szara, chropowata powierzchnia wielkiej płyty zniknęła pod warstwą styropianu, a potem została pokryta farbą w najróżniejszych barwach. Dziś wiele osiedli z wielkiej płyty mieni się kolorami i wydaje się bardziej „domowe”. Dla części osób te bloki zaczęły przypominać dziecięce klocki — właśnie przez bogactwo pastelowych odcieni.
Na ulicach, gdzie jeszcze niedawno dominowała jednolita szarość, nagle wyrosły cytrynowe, fioletowe, błękitne, a nawet różowe elewacje. Bywa, że jedna ściana budynku jest malinowa, a sąsiednia już pistacjowa. Innym razem całą bryłę przecinają geometryczne pasy, zygzaki albo fale w kilku kolorach naraz. Są też osiedla, na których niemal każdy blok ma swoją własną, trochę inną paletę.
Zwolennicy pastelowej termomodernizacji przekonują, że takie barwy „ocieplają” obraz blokowisk, które jeszcze w latach dziewięćdziesiątych często nazywano ponurymi i przygnębiającymi. Przeciwnicy odpowiadają, że przypadkowa mieszanka kolorów odebrała im surowy, charakterystyczny urok. Prawda leży pośrodku: dzięki styropianowi mieszkania realnie stały się cieplejsze, ale wiele osiedli straciło spójny wygląd. Pastelowa feeria nie musi się podobać każdemu, jednak sprawiła, że dziś częściej mieszkamy w budynkach odświeżonych i zadbanych. W tym artykule pokazujemy architektoniczne perełki z okresu PRL-u.
Mieszkania z wielkiej płyty: ceny sprzed 20 lat
Początek XXI wieku na rynku mieszkaniowym nie należał do najprostszych. Niewielu Polaków mogło pozwolić sobie na zakup lokalu za gotówkę, a kredyty hipoteczne dopiero zyskiwały na znaczeniu. Na rynku wtórnym ceny za metr kwadratowy najczęściej mieściły się w przedziale 1500–2500 zł, ale warto pamiętać, że dwie dekady temu pensje były wyraźnie niższe niż dziś. Mimo to dla wielu osób własne M w wielkiej płycie było spełnieniem marzeń.
Choć blokom z wielkiej płyty przez lata przypisywano opinię starych, chłodnych i rzekomo niepewnych konstrukcji, chętnych na zakup nie brakowało, a akty notarialne podpisywano bez większych wahań. Przemawiała do nich m.in. wygodna lokalizacja – osiedla z lat 70. powstawały blisko szkół, sklepów i przystanków tramwajowych, co ułatwiało codzienne życie. Kto kupił mieszkanie na początku XXI wieku, dziś może mówić o dobrej decyzji – obecna wartość takich lokali bywa kilkukrotnie wyższa niż dwadzieścia lat temu. Sprawdź, ile płaciliśmy za mieszkania w latach 90. XX wieku.

Historia hotelu Silesia w Katowicach
Wśród śląskich blokowisk wyróżniał się gmach doskonale zapamiętany przez starszych mieszkańców okolicy – hotel Silesia. Stał przy ulicy ks. Piotra Skargi 2 i został wzniesiony w 1971 roku według projektu Tadeusza Łobosa jako jeden z nielicznych w Polsce hoteli klasy „LUX”. Dziesięciopiętrowa bryła w formie prostopadłościanu przykuwała uwagę zielonymi, ceramicznymi okładzinami oraz charakterystycznym neonem. W środku przygotowano 262 miejsca noclegowe, kilka sal konferencyjnych, przestronną restaurację i nocny bar. Eleganckie, mahoniowe wyposażenie oraz prace sztuki współczesnej mocno kontrastowały z surowym krajobrazem bloków tuż za rogiem.
Hotel Silesia przez ponad trzydzieści lat był pełen ruchu, jednak w 2006 roku przestał przyjmować gości. Dwanaście lat później ruszyła rozbiórka wysłużonego obiektu. Kiedy w 2019 roku ciężki sprzęt zlikwidował nawet fundamenty, Katowice bezpowrotnie pożegnały swój modernistyczny klejnot.
PRL-owskie ikony Katowic: Separator i Ślizgowiec
Idąc aleją Korfantego w Katowicach, trudno przejść obojętnie obok dwóch stojących obok siebie symboli architektury PRL-u: biurowca Separator i mieszkalnego Ślizgowca. Oba zrealizowano w latach sześćdziesiątych jako część ambitnego planu „Śródmieście‑Zachód”. Choć służą innym celom, dla wielu katowiczan pozostają czytelnym znakiem tamtej epoki.
Separator, otwarty w 1968 roku, ma jedenaście kondygnacji i już z daleka wyróżnia się pilotis – charakterystycznymi słupami, które kiedyś zdobił przyciągający wzrok, czarno‑biały motyw op-art. Dziś tej dekoracji nie zobaczymy. Obecnie w budynku mieszczą się stacje telewizyjne, a zapowiadana renowacja elewacji ma przywrócić mu wizualną lekkość i sprawić, by lepiej komponował się z otoczeniem.
Tuż obok stoi Ślizgowiec, który w momencie powstania był najwyższym na Śląsku obiektem wzniesionym metodą ślizgową. Smukły, dwudziestopiętrowy prostopadłościan dawniej lśnił mozaiką ułożoną z około dwóch milionów białych i czerwonych ceramicznych kostek. Około 1977 roku pierwotną fasadę zakryły żółtawe płyty azbestowo-ceramiczne. W 2018 roku budynek przeszedł modernizację: docieplono ściany i wykończono je spokojnym tynkiem w szarościach. Spacerując po miastach, coraz rzadziej trafiamy na tak rozpoznawalne, „peerelowskie” elewacje – znikają też architektoniczne perełki z tamtych lat. Jeśli ten trend się utrzyma, wkrótce pozostaną głównie we wspomnieniach, ustępując miejsca nowym, barwnym fasadom.