Te urządzenia pobierają prąd nawet wtedy, gdy wydają się wyłączone

Wymieniasz żarówki na LED-owe, kupujesz pralkę klasy A, ocieplasz dom – a rachunek za prąd i tak nie spada tak, jak byś chciał. Winowajca może siedzieć zupełnie gdzie indziej: w urządzeniach, które "wyłączasz", ale które tak naprawdę wcale nie są wyłączone.
- Czuwanie, które nigdy się nie kończy
- Ile to właściwie jest w złotówkach?
- Najwięcej energii pobierają urządzenia, których się nie podejrzewa
- Jak to w ogóle sprawdzić?
- Prosty nawyk pozwala ograniczyć straty
- Małe zmiany mogą przynieść realne oszczędności
Czuwanie, które nigdy się nie kończy
Telewizor zgaszony pilotem. Konsola, która czeka na jeden przycisk. Ekspres do kawy z zegarem migającym na wyświetlaczu o 3 w nocy. Mikrofalówka z podświetlonym panelem, który świeci non stop, bo przecież trzeba widzieć godzinę. Wszystkie te sprzęty formalnie są wyłączone – a mimo to pobierają prąd, dosłownie 24 godziny na dobę, 365 dni w roku.
Z osobna to grosze – dosłownie ułamki złotówki dziennie. Problem zaczyna się, gdy takich urządzeń w mieszkaniu jest kilkanaście albo kilkadziesiąt. Telewizor, dekoder, soundbar, konsola, router, drukarka, ekspres, mikrofalówka, ładowarki od telefonu i laptopa, subwoofer, listwa z zabawkami elektronicznymi dziecka – jak się to wszystko zsumuje, robi się z tego naprawdę spora liczba watów, które płyną przez cały rok bez żadnego pożytku.
Ile to właściwie jest w złotówkach?
Trudno podać jedną uniwersalną kwotę, bo zależy to od liczby urządzeń, ich wieku i taryfy, jaką się płaci za prąd. Orientacyjnie jednak pojedyncze urządzenie w trybie czuwania potrafi pobierać od 1 do nawet kilkunastu watów. Telewizor plazmowy czy starszy model LCD z lat świetności potrafi w stand-by zużywać zauważalnie więcej niż nowoczesny model LED. Podobnie stare zasilacze – te bez certyfikatu energooszczędności grzeją się i "jedzą" prąd nawet wtedy, gdy nic do nich nie jest podłączone.
Jeśli policzyć to dla przeciętnego gospodarstwa domowego z kilkunastoma takimi sprzętami, w skali roku można mówić o kwocie rzędu kilkudziesięciu, a czasem nawet ponad stu złotych – wyłącznie za "nic", czyli za prąd płynący do urządzeń, z których w danym momencie nikt nie korzysta.
Najwięcej energii pobierają urządzenia, których się nie podejrzewa
Telewizor to oczywisty podejrzany, ale wcale nie największy. Więcej ciągną zazwyczaj:
- Dekoder telewizji kablowej lub satelitarnej – bo cały czas ściąga dane z EPG, czyli elektronicznego przewodnika po programach, i utrzymuje łączność z operatorem.
- Router internetowy – teoretycznie musi działać cały czas, ale mało kto zastanawia się, że nocą, gdy wszyscy śpią, i tak pracuje na pełnych obrotach.
- Drukarka – zwłaszcza laserowa, która w trybie gotowości podtrzymuje temperaturę bębna, żeby błyskawicznie wydrukować dokument.
- Stare ładowarki zapomniane w gniazdku – nawet bez podłączonego telefonu potrafią pobierać niewielką ilość prądu, jeśli akurat nie mają wbudowanego czujnika obciążenia.
- Konsole do gier w trybie spoczynku – szczególnie te ustawione tak, by błyskawicznie się wybudzały i pobierały aktualizacje w nocy.
Część sprzętów stale łączy się z siecią, ściąga aktualizacje albo po prostu nasłuchuje sygnału z pilota – i właśnie dlatego pobór energii trwa non stop, a nie tylko wtedy, gdy z urządzenia realnie korzystamy.
Starszy sprzęt jest pod tym względem zdecydowanie gorszy. Powstawał, zanim normy energetyczne zaostrzono, więc w trybie czuwania potrafi zużywać zaskakująco dużo w porównaniu do nowych modeli, które projektuje się już z myślą o minimalnym poborze w stand-by.
Jak to w ogóle sprawdzić?
Nie trzeba zgadywać. Najprościej kupić prosty miernik zużycia energii – wtyczkę, którą wpina się między gniazdko a urządzenie. Kosztuje zwykle kilkadziesiąt złotych i pokazuje dokładnie, ile watów pobiera dany sprzęt, także w trybie czuwania. Wiele osób po takim teście jest zaskoczonych, które urządzenie w ich domu okazuje się największym cichym pożeraczem prądu – często wcale nie jest to to, na co by wskazały z góry.
Jeśli nie chce się inwestować w miernik, można też po prostu poobserwować, które urządzenia mają diody LED świecące się non stop, podświetlane zegary czy wyświetlacze – to zwykle dobry sygnał, że coś tam w środku cały czas pracuje.

Prosty nawyk pozwala ograniczyć straty
Najłatwiejszym rozwiązaniem jest odłączanie urządzeń od zasilania wtedy, gdy nie są używane przez dłuższy czas. W praktyce najwygodniej korzystać w tym celu z listwy wyposażonej w wyłącznik. Jedno kliknięcie i telewizor, dekoder, soundbar oraz konsola przestają ciągnąć prąd naraz – nie trzeba wyciągać każdej wtyczki z osobna.
Dobrym nawykiem jest też wieczorne "obchodzenie" domu – wyłączanie listwy w salonie, wyciąganie ładowarki z gniazdka, jeśli nic się nie ładuje, sprawdzenie, czy ekspres do kawy naprawdę musi stać podłączony całą noc.
Coraz większą popularność zdobywają inteligentne gniazdka, które umożliwiają automatyczne wyłączanie wybranych sprzętów według ustalonego harmonogramu – na przykład o północy, gdy i tak nikt z nich nie korzysta, i włączanie z powrotem rano. To rozwiązanie dla osób, które wiedzą, że o odłączaniu ręcznie łatwo zapomnieć.
Małe zmiany mogą przynieść realne oszczędności
Choć pojedyncze urządzenie w trybie czuwania nie generuje dużych kosztów, suma wielu niewielkich poborów energii bywa odczuwalna dla domowego budżetu, zwłaszcza teraz, gdy ceny prądu regularnie idą w górę. Ograniczanie takich strat nie wymaga kosztownych inwestycji ani remontu – czasem wystarczy zmiana kilku codziennych przyzwyczajeń i jedna listwa z wyłącznikiem kupiona za kilkanaście złotych.
Coraz więcej osób zaczyna zwracać uwagę właśnie na takie detale, bo to one, a nie tylko duże inwestycje w termomodernizację czy nowy sprzęt, decydują, czy rachunek na koniec roku będzie wyższy, niż powinien. Warto choć raz zrobić przegląd domu pod tym kątem – może się okazać, że oszczędności są dosłownie w zasięgu ręki, a właściwie w zasięgu wyłącznika przy listwie.