Nowy podatek od mieszkań 2026. Zapłacimy o wiele więcej niż do tej pory?

Nowy podatek od mieszkań może wstrząsnąć portfelami Polaków – i to znacznie bardziej, niż wielu się spodziewa. Do Sejmu trafia propozycja, która całkowicie zmienia zasady gry: zamiast symbolicznych opłat liczonych od metrażu pojawi się danina zależna od realnej wartości nieruchomości. Dla części właścicieli oznacza to niewielkie zmiany, ale dla innych – zwłaszcza tych posiadających kilka mieszkań – rachunki mogą wzrosnąć nawet kilkunastokrotnie. Czy to początek końca taniego inwestowania w nieruchomości i czy rzeczywiście zapłacimy dużo więcej niż dziś? Sprawdzamy, co dokładnie zakłada nowy projekt i kto może stracić najwięcej.
- Nowy podatek od mieszkań – na czym polega propozycja Lewicy?
- Ile może wynieść nowy podatek? Różnice względem obecnych opłat
- Kto zapłaci więcej, a kto może nie odczuć zmian?
- Czy nowy podatek rzeczywiście wejdzie w życie i co oznacza dla rynku?
Nowy podatek od mieszkań – na czym polega propozycja Lewicy?
Propozycja Lewicy zakłada jedną z największych zmian w systemie podatkowym dotyczącym nieruchomości od lat. Obecny podatek, naliczany głównie od powierzchni mieszkania, miałby zostać zastąpiony nową daniną opartą na wartości rynkowej lokalu. Oznacza to odejście od prostego przelicznika za metr kwadratowy na rzecz bardziej złożonego systemu, który uwzględnia realne ceny mieszkań w danej lokalizacji.
W praktyce nowy podatek byłby liczony procentowo od wartości nieruchomości, ustalanej m.in. na podstawie średnich cen transakcyjnych w okolicy. Tam, gdzie takich danych brakuje, pod uwagę brana miałaby być tzw. wartość odtworzeniowa, czyli koszt budowy podobnego lokalu. To rozwiązanie zbliża system do podatku katastralnego, choć autorzy projektu podkreślają, że formalnie nim nie jest, ponieważ nie zakłada tworzenia pełnego rejestru wartości wszystkich nieruchomości.
Najważniejszym elementem projektu jest jednak progresja uzależniona od liczby posiadanych mieszkań. Pierwsze i drugie mieszkanie mają być objęte niską, a być może nawet symboliczną stawką, natomiast przy trzecim i kolejnych lokalach podatek ma wyraźnie rosnąć. W założeniu ma to uderzyć głównie w osoby traktujące nieruchomości jako inwestycję, a jednocześnie pozostawić większość właścicieli mieszkań w relatywnie bezpiecznej sytuacji.
Ile może wynieść nowy podatek? Różnice względem obecnych opłat
Dziś podatek od nieruchomości należy do najmniej odczuwalnych obciążeń dla właścicieli mieszkań. Jest liczony od metrażu, a jego stawki ustalają samorządy, dlatego w praktyce roczne opłaty często wynoszą od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Nawet w dużych miastach, gdzie stawki są najwyższe, podatek ten nie stanowi istotnego obciążenia dla domowego budżetu.
Nowy system całkowicie zmienia tę logikę, ponieważ wysokość podatku miałaby zależeć od wartości nieruchomości. Nawet niewielka stawka procentowa – na poziomie np. 0,02 proc. – w przypadku droższych mieszkań może oznaczać wyraźnie wyższe opłaty niż obecnie. Kluczowe znaczenie będzie miała lokalizacja, bo to ona w największym stopniu wpływa na wartość mieszkania, a tym samym na wysokość podatku.
W praktyce różnice mogą być bardzo duże. Właściciel mieszkania wartego 700–800 tys. zł zamiast kilkuset złotych rocznie może zapłacić nawet kilka tysięcy złotych, zwłaszcza jeśli posiada więcej niż jedną nieruchomość. To właśnie ta zmiana – przejście z podatku „od metra” na podatek „od wartości” – sprawia, że dla części Polaków nowe przepisy mogą oznaczać realny i odczuwalny wzrost kosztów.
Kto zapłaci więcej, a kto może nie odczuć zmian?
Z zapowiedzi autorów projektu wynika, że nowy podatek nie ma uderzyć w większość właścicieli mieszkań. Osoby posiadające jedno lub dwa lokale – zwłaszcza wykorzystywane na własne potrzeby – mogą zapłacić podobne kwoty jak dziś, a w niektórych przypadkach nawet mniej. To ważny element narracji Lewicy, która podkreśla, że zmiany mają dotyczyć głównie niewielkiego odsetka najbardziej aktywnych inwestorów na rynku.
Zdecydowanie większe obciążenia czekają natomiast osoby posiadające trzy i więcej mieszkań. W ich przypadku podatek ma rosnąć progresywnie, co oznacza, że każde kolejne mieszkanie będzie objęte wyższą stawką. To rozwiązanie ma ograniczyć zjawisko traktowania nieruchomości jako formy lokowania kapitału i zarabiania na wzroście cen, a nie jako dobra służącego zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych.
Nie można jednak wykluczyć, że skutki nowych przepisów odczują także osoby wynajmujące mieszkania. Właściciele, którzy zapłacą wyższy podatek, mogą próbować przenieść część kosztów na najemców poprzez podwyżki czynszów. W efekcie zmiany, które formalnie dotyczą inwestorów, mogą pośrednio wpłynąć na cały rynek najmu i sytuację osób poszukujących mieszkań.
Czy nowy podatek rzeczywiście wejdzie w życie i co oznacza dla rynku?
Na ten moment mamy do czynienia jedynie z projektem ustawy, który dopiero rozpoczyna swoją drogę legislacyjną. Oznacza to, że jego ostateczny kształt może się jeszcze znacząco zmienić, a sam proces uchwalania przepisów może potrwać wiele miesięcy. W praktyce wiele zależy od układu sił politycznych oraz stanowiska innych ugrupowań, które już wcześniej sygnalizowały sceptycyzm wobec podobnych rozwiązań.
Warto też pamiętać, że temat podatku od wartości nieruchomości od lat wywołuje w Polsce duże emocje. Dla jednych jest to sposób na uporządkowanie rynku i ograniczenie spekulacji, dla innych – niebezpieczny krok w stronę wysokiego opodatkowania własności prywatnej. To sprawia, że dyskusja wokół projektu może być burzliwa, a jego przyjęcie wcale nie jest przesądzone.
Jeśli jednak nowe przepisy weszłyby w życie, mogłyby realnie wpłynąć na rynek mieszkaniowy. Możliwe jest ograniczenie inwestowania w mieszkania oraz zwiększenie liczby lokali dostępnych na wynajem, ale równie prawdopodobny jest scenariusz wzrostu czynszów i przerzucania kosztów na najemców. W efekcie zmiany podatkowe mogą nie tylko uderzyć w inwestorów, ale też przełożyć się na sytuację milionów osób korzystających z rynku najmu.