Chcieli sprzedać mieszkanie z wielkiej płyty po rodzicach. Rynek szybko pokazał im brutalną prawdę

Plan był prosty: przyjąć odziedziczone mieszkanie, sprzedać, dołożyć swoje oszczędności i kupić coś nowego – własnego, na swoich warunkach. Tak myśli wiele osób, które odziedziczają lokale w blokach z wielkiej płyty. Rzeczywistość rynku nieruchomości szybko te plany weryfikuje. Natomiast niektórzy w pełni świadomie podejmują decyzję o pozostaniu w wielkiej płycie.
- Wyjść na swoje lub przynajmniej nie być stratnym
- Lokalizacja, której nie można odtworzyć, w każdym razie nie od razu
- Remont zamiast przeprowadzki? Czemu nie!
Wyjść na swoje lub przynajmniej nie być stratnym
Wyobraźmy sobie sytuację: trzy pokoje na pięćdziesięciu paru metrach kwadratowych, środkowe piętro, Ursynów lub Bemowo, blok z lat 70. po termomodernizacji. Rynkowa wartość takiego mieszkania to dziś w Warszawie od 950 tysięcy do miliona złotych, zależnie od stanu i piętra. Sporo. Problem zaczyna się, gdy właściciel wpisuje tę kwotę do wyszukiwarki nieruchomości i zaczyna szukać czegoś nowego w porównywalnej lokalizacji.
Za 800-900 tysięcy złotych w promieniu pięciu kilometrów od centrum Warszawy rynek pierwotny oferuje najczęściej dwa pokoje z aneksem kuchennym, niekiedy balkon, parking w cenie lub za atrakcyjną dopłatą. Trzy pokoje w nowym budownictwie w podobnej lokalizacji kosztują dziś 1,3–1,5 miliona złotych. Różnica, którą trzeba dołożyć, jest realna i dla większości rodzin oznacza wieloletni kredyt hipoteczny przy oprocentowaniu w okolicach pięciu - sześciu procent. Miesięczna rata potrafi wtedy przekroczyć dwa tysiące złotych.
Lokalizacja, której nie można odtworzyć, w każdym razie nie od razu
Jest jeszcze drugi problem, trudniejszy do przeliczenia na złotówki. Blok po rodzicach stoi w miejscu, które przez pięćdziesiąt lat obrastało w infrastrukturę. Przychodnia dwa przystanki dalej, szkoła oddalona o parę minut spacerem, sklepy za rogiem, tramwaj pod blokiem. Nowe osiedle na obrzeżach, w cenie porównywalnej z odziedziczonym mieszkaniem, oferuje zwykle sporo udogodnień – ale żłobek, przychodnia i linia tramwajowa mają pojawić się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dla rodziny z dziećmi lub osoby dojeżdżającej do pracy w centrum ta różnica jest odczuwalna codziennie.
Decyzje właścicieli odziedziczonych nieruchomości są coraz rzadziej oczywiste. Część z nich wynajmuje lokale odpłatnie, część traktuje jako poduszkę finansową. Ale coraz więcej osób po prostu... zostaje. Nie z sentymentu, lecz z zimnej kalkulacji.

Remont zamiast przeprowadzki? Czemu nie!
Zostanie w odziedziczonym mieszkaniu nie musi oznaczać godzenia się na warunki z poprzedniej epoki. Blok po termomodernizacji płaci za ciepło zbliżone stawki jak nowe budownictwo. Wymiana okien, odświeżenie łazienki i kuchni, nowa podłoga – całkowity koszt takiego remontu w mieszkaniu o powierzchni pięćdziesięciu kilku metrów zamyka się dziś najczęściej w 50–100 tysiącach złotych. To ułamek różnicy, którą trzeba by dopłacić do nowego lokalu w porównywalnej lokalizacji.
Osobny atut, który doceniają osoby zostające w starszych blokach, to układ mieszkania. „Oddzielna kuchnia to rozwiązanie coraz rzadsze w nowym budownictwie, gdzie króluje otwarty aneks. Pracuję zdalnie, mój mąż niekiedy też. Przy dwójce małych chłopaków. Dla nas osobna kuchnia, w dodatku z drzwiami, ma realną wartość użytkową” – mówi nam Dominika, która mieszka w odziedziczonym mieszkaniu w wielkiej płycie na Ursynowie i nawet nie szuka nieruchomości w nowym budownictwie.
A co, oprócz układu pomieszczeń, wpłynęło na taką decyzję? „Bezpieczeństwo okolicy, sentyment do tej części Warszawy, dobre dojazdy do centrum. Poza tym nowe budownictwo ma swoje wady, czasem dobrze ukryte, a wielka płyta? Ja wychodzę z założenia, że już mnie niczym nie zaskoczy”. I żadnych marzeń o zmianie? „Marzy mi się tylko ogródek. Nie mam już przeświadczenia, że nowe znaczy lepsze”.
Czasami mieszkanie tymczasowe staje się stałym. Dzieci zapisują się do pobliskiej szkoły. Sąsiedzi stają się znajomymi. Tramwaj, który jeździł pod blokiem rodziców, teraz wozi następne pokolenie. To częste zjawisko. I całkiem zrozumiałe.