Pewnego dnia pod blok wjechały koparki. Kilka miesięcy z okna zamiast parku widzi nowy apartamentowiec

Od lat z drżeniem wyglądałam przez okno, patrząc na zadrzewiony plac przed moim blokiem. Pewnego dnia wjechały maszyny i odtąd już nic nie było takie samo. Chociaż populacji specjalnie nie przybywa tu i ówdzie nowe bloki. Ci, którzy mieszkali w wielkiej płycie, tracą jeden z atutów starych osiedli – przestrzeń i zieleń. Tam, gdzie dawniej były place zabaw, parki i widoki na zieloną okolicę, pojawiają się nowe, często zamknięte miniosiedla.
- Koniec widoku na park
- Betonu więcej – zieleni coraz mniej
- Czy jest szansa na uratowanie starych osiedli?
Koniec widoku na park
Blok, w którym mieszkam, nie jest najlepszej jakości. Ma cienkie ściany, stare instalacje zostały wymienione dopiero niedawno, docieplenie ścian niewiele daje przy ekstremalnych temperaturach. W pobliżu są tramwaje, pociągi i czynna fabryka. Jednak miał jedną wielką zaletę - z wyższych pięter rozciągał się widok na najbardziej zieloną część miasta.
Już go nie ma. Zamiast tego między moim domem i parkiem wyrosły dwa duże bloki. Teoretycznie luksusowe, z zamkniętym podwórkiem. W praktyce jest to pomieszanie dobrego projektu architektonicznego (który ma swoją cenę) z fatalnym umiejscowieniem. Luksusowe balkony prawie rzucają cień na szyny tramwajowe poniżej. Dla mieszkańców starych bloków w pobliżu to dodatkowy problem – znikł widok na zieleń, zmniejszył się przewiew, a wzrósł hałas i zanieczyszczenie światłem. Dla nowych mieszkańców dylemat – jakość samego domu nie przystaje do okolicy.
Podobne sytuacje zdarzyły się w kilku innych miejscach na moim i sąsiednich osiedlach. Na pewno jest to też doświadczenie mieszkańców innych miast. Stary plan urbanistyczny zostaje pochłonięty przez chaos współczesnej deweloperki.
Betonu więcej – zieleni coraz mniej
Pierwotne założenie osiedli z wielkiej płyty było takie, żeby budować domy wyższe, ale zajmujące mniej miejsca. Wiele osób pamięta jak te miejsca wyglądały jeszcze 10-15 lat temu. Domy może były z betonu, ale otaczała je najczęściej zieleń, place zabaw, ryneczki, szerokie, zielone aleje prowadzące do szkół i przedszkoli. Od tamtego czasu deweloperzy zaczęli wykorzystywać przestrzeń między starymi domami do budowy nowych. Widzimy to w centrach miast, gdzie między stare kamienice wciśnięte zostają zamknięte osiedla. Z jednej strony ci biedniejsi stykają się ze wzrostem cen w okolicy. Z drugiej nowi mieszkańcy, płacący za chronione osiedle, boją się wyjść za bramę.
Dla nas, starych mieszkańców osiedli, najbardziej denerwujące jest wciskanie w tę przestrzeń zamkniętych osiedli. Nie dość, że dawne widoki i miejsca do rekreacji kurczą się w zastraszającym tempie. Na domiar złego zamykane są przejścia i kurczy się przestrzeń wspólna. Nie mamy nic do ludzi, którzy tam mieszkają. Każdy chce gdzieś mieszkać, a pewnie i tak przepłacili. Chodzi o to jak i gdzie powstają te nowe mieszkania.
Reklamując przyszłe osiedle, pokazuje się w wizualizacjach o wiele więcej drzew i krzewów niż ktokolwiek w rzeczywistości zamierza sadzić. W rzeczywistości drzew jest coraz mniej, a dbałość o to co zostało wątpliwa. W przypadku mojego bloku dwa drzewa po naszej stronie płotu zostały bezprawnie wykarczowane w czasie budowy. Dawny plan, ani dawni mieszkańcy osiedla po prostu nie mają dla inwestora żadnego znaczenia. Jedyne co możemy zrobić w takiej sytuacji, to walka o odszkodowanie. Poza tym zamknięcie osiedla na dawnym terenie wspólnym sprawia, że czujemy się oddzieleni od nowych mieszkańców. To zmniejsza możliwość wspólnej pracy nad zielenią.

Czy jest szansa na uratowanie starych osiedli?
Obok postawionego tuż pod moimi oknami bloku powstaje następny potężny budynek. Tylko czy to mas sens? Czy rzeczywiście istnieje tak duże zapotrzebowanie na domy, żeby lekceważyć dawny plan osiedla i jego dotychczasowych mieszkańców?
Specjaliści od nieruchomości ostrzegają przed spadkiem demograficznym. Już w 2023 roku odnotowano w Polsce najmniej urodzeń od końca II wojny światowej. Na razie chętni na mieszkania są głównie ludzie z pokolenia millenialsów i zetek. Nie zawsze mają pieniądze lub zdolność kredytową, ale zamożniejsze rodziny pomagają. Z punktu widzenia dewelopera sytuacja nie zapowiada się jednak wesoło – millenialsi i zetki mają mniejsze szanse na znalezienie stabilnej, dobrze płatnej pracy. W dodatku, w porównaniu do poprzednich dziesięcioleci ceny mieszkań wzrosły. To już teraz zniechęca coraz więcej ludzi do ich kupna. Dodatkowo jest coraz więcej głosów za wielką płytą. Mimo wszystkich wad mieszkańcy uważają, że jest lepsza od niektórych deweloperskich wynalazków. Możliwe więc, że problem stawiania dużych bloków i ciasnych miniosiedli w środku starego osiedla rozwiąże się sam.
Póki co, nie za bardzo możemy cokolwiek zrobić. Kiedy pojawiają się ewidentne nieprawidłowości mieszkańcy lub sąsiad z działki obok może zgłosić je jako sprzeciw do wniosku inwestora. W większości przypadków takie formalności są jednak zachowane.