Parter z ogródkiem czy wyższe piętro? Zrobiła dokładnie odwrotnie niż wszyscy jej doradzali

Które piętro wybrać, gdy w grę wchodzi codzienny komfort i spore pieniądze? Parter z ogródkiem, mieszkanie „w środku” czy ostatnia kondygnacja – na pierwszy rzut oka różnice wydają się oczywiste, ale dopiero życie szybko weryfikuje oczekiwania. Zebraliśmy prawdziwe historie Polaków, którzy stanęli przed tym dylematem, i sprawdziliśmy, co naprawdę decyduje o wygodzie, kosztach, hałasie, bezpieczeństwie i tym, czy po kilku miesiącach nie pojawia się żal. Jedno jest pewne: ten wybór potrafi zaskoczyć bardziej, niż się spodziewasz. Artykuł powstał na podstawie materiału z Onet.pl.
- Moda na mieszkania: parter traci na znaczeniu
- Dlaczego piętro zmienia cenę mieszkania?
- Marzenie o mieszkaniu idealnym to iluzja
- Parter z ogródkiem czy prywatność?
- Parter z ogródkiem: ich 60 m² marzeń
- Miasto zamiast segmentu pod Warszawą
- Wybór mieszkania wbrew trendom i radom mamy
- Rozsądek wygrał: zalety starego bloku
Moda na mieszkania: parter traci na znaczeniu
Jeszcze niedawno mieszkania na parterze z prywatnym ogródkiem uchodziły w Polsce za prawdziwy hit — szczególnie w czasie pandemii, kiedy wiele osób marzyło o własnym kawałku zieleni tuż za drzwiami. Dziś jednak trend wyraźnie się odwraca: coraz więcej kupujących omija parter, a największy popyt notują lokale na tzw. „środkowych” piętrach. Równolegle rośnie zainteresowanie mieszkaniami na najwyższych kondygnacjach, wybieranymi ze względu na większą prywatność, spokój i szerokie panoramy. Co istotne, część deweloperów coraz częściej różnicuje stawki nie tylko według metrażu czy standardu, ale również w zależności od tego, na którym piętrze znajduje się mieszkanie.

Dlaczego piętro zmienia cenę mieszkania?
Iwona niedawno złożyła podpis pod aktem notarialnym na swoje pierwsze mieszkanie w krakowskich Czyżynach. Za lokum o powierzchni niespełna 47 m² zapłaciła 630 tys. zł, a do tego dołożyła 40 tys. zł za miejsce postojowe w garażu podziemnym. Wybrała drugie piętro. Skąd taka decyzja? — Parter nigdy mnie nie kusił, nie zależało mi na ogródku. Na pierwszym piętrze też nie czułabym się dobrze, bo przy otwartym oknie słychać ulicę. A wyższe kondygnacje odpadają, bo nie przepadam za windą — mówi z uśmiechem.
Drugie piętro okazało się więc złotym środkiem — na tyle nisko, by chodzić po schodach, a jednocześnie wystarczająco wysoko, by odciąć się od ulicznego hałasu.
To jednak nie był jedyny powód. Jak podkreśla Iwona, w wybranym przez nią ośmiopiętrowym budynku ceny różniły się nie tylko metrażem, ale też samą wysokością. — Moje mieszkanie na drugim piętrze było aż o 50 tys. zł tańsze od identycznego lokalu na ósmym piętrze. Deweloper trzymał się zasady: im wyżej, tym drożej — wyjaśnia.
Pracownica biura sprzedaży potwierdziła, że dziś wiele firm działa właśnie w ten sposób. — Kiedy przeglądałam inne ogłoszenia w internecie, zauważyłam, że to jeszcze nie zawsze jest reguła, ale w wielu inwestycjach cena faktycznie rośnie z każdym kolejnym piętrem. Być może chodzi o lepszy widok — zastanawia się Iwona. — U mnie i tak jest świetnie. Już odliczam dni do przeprowadzki — dodaje z entuzjazmem.
Marzenie o mieszkaniu idealnym to iluzja
Patrycja przez długi czas polowała na wymarzone mieszkanie, aż w końcu – za namową męża – spojrzała na swoje wymagania z większym dystansem. W głowie miała obraz jasnego salonu z dużymi przeszkleniami i zielenią za oknem, najlepiej z wyjściem prosto do przydomowego ogródka. Najlepiej, gdyby okna wychodziły na zachód albo na dwie strony świata, a układ był prosty i funkcjonalny – bez sąsiedztwa garażu i bez drzwi tuż przy klatce schodowej. Sam ogródek, koniecznie lekko wyniesiony, miał dawać choć odrobinę prywatności. — Dziś już się z tego śmieję — przyznaje. — Takie mieszkania chyba po prostu nie istnieją.
Upierała się przy ogródku, bo widziała w nim zamiennik domu – czegoś, na co wtedy nie mogli sobie pozwolić. — Widziałam oczami wyobraźni poranki z kawą na świeżym powietrzu, dzieci bawiące się w piaskownicy i kilka donic z roślinami ustawionych pod ścianą. Liczyłam, że da się połączyć wygodę życia w bloku z namiastką własnej zieleni. Dziś myślę, że to była bardziej wizja niż plan — mówi szczerze.
Parter z ogródkiem czy prywatność?
Mąż od samego początku podchodził do tematu z rezerwą. Powtarzał, że lokale na parterze bywają zimniejsze i mniej doświetlone, a „ogródki” przy mieszkaniach to często bardziej chwyt sprzedażowy niż prawdziwy atut. — Twierdził, że z wyższych pięter sąsiedzi mają wszystko jak na dłoni, a przechodnie bez problemu zajrzą w okna. Do tego nieustanny gwar: biegające dzieci, auta pod budynkiem, rozmowy pod balkonem – w takich warunkach ciężko o spokój — wspomina Patrycja.
W końcu usłyszała od niego wprost: „Przecież nie będziesz siedzieć w tym ogródku w piżamie, a prania na suszarce też nie wystawisz, bo każdy to zobaczy”. Wtedy dotarło do niej, że może rzeczywiście lepiej odpuścić parter. Ostatecznie wybrali mieszkanie na trzecim piętrze, z zachodnią ekspozycją i widokiem na drzewa. — Mam balkon z kwiatami i miejsce, żeby spokojnie wypić kawę. Dzieci nie wyskoczą same na zewnątrz, ale za to mamy prywatność. Chociaż czasem i tak wraca tęsknota za tym wymarzonym ogródkiem — mówi z nutą nostalgii.
Parter z ogródkiem: ich 60 m² marzeń
Julia i Damian od razu mieli jasny plan — ich idealne mieszkanie musiało być na parterze i koniecznie z własnym ogródkiem. — Dom odpadał przez ceny, a prywatny kawałek zieleni daje nam zdecydowanie więcej niż nawet największy balkon — wyjaśnia Julia.
Postawili na 60-metrowe mieszkanie z ogródkiem o identycznym metrażu. — Wiem, że często takie ogródki bywają symboliczne albo są na skosie i trudno z nich realnie korzystać. Nam się poszczęściło — trafiliśmy na ofertę z naprawdę ustawnych, wygodnym ogródkiem, który nie ma nic wspólnego z tym, co ludzie nazywają „wybiegiem dla psów” — zaznacza 36-latka.
Julia nie ma wątpliwości, że parter potrafi mieć więcej plusów niż minusów. — Mamy drewniane ogrodzenie, które daje poczucie prywatności i odcina nas od spojrzeń sąsiadów. Do tego wszędzie zieleń. Wstawiliśmy trzyosobową huśtawkę, przy drzwiach tarasowych stoi stolik i dwa krzesła — idealny kącik na poranną kawę. W rogu zrobiliśmy przytulny taras: meble wypoczynkowe, daszek i spokojna atmosfera. A wieczorem, gdy zapalimy lampki, robi się naprawdę klimatycznie — opowiada z entuzjazmem.
Dzieci też najchętniej wybierają ogródek, szczególnie w wakacje. — Kiedy jest upał, dziewczynki siedzą w cieniu, zapraszają koleżanki z osiedla i potrafią bawić się tam bez końca — mówi Julia.
Nie sprawdziły się też obawy o to, że na parterze jest zimniej. — Jeśli kupujemy nowe mieszkanie albo lokal w nowym budynku, nie ma powodu do stresu. Dzisiejsze rozwiązania techniczne sprawiają, że parter jest tak samo ciepły jak wyższe piętra. U nas zimą grzejniki rzadko chodzą na maksimum, a i tak w środku jest komfortowo — zapewnia.
Miasto zamiast segmentu pod Warszawą
Karolina nigdy nie śniła o własnym ogródku. Urodziła się i dorastała w Warszawie i — jak sama podkreśla — funkcjonuje w miejskim rytmie. Lubi, gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki: siłownia, kawiarnia, zakupy, spotkania. Wolny czas spędza w ruchu — raz wybiera park, innym razem bulwary albo spacer po starówce. W mieście zawsze coś się dzieje, a ona nie czuje, że cokolwiek ją ogranicza.
— Mąż już jeszcze przed ślubem próbował mnie przekonać do większego mieszkania albo segmentu pod Warszawą. Mówił, że jego kolega tak zrobił i jest zachwycony — więcej przestrzeni, podobno wygodniej, a dojazdy wcale nie takie straszne. Ale mnie te argumenty nie kupiły — podkreśla Karolina.
— Nie mam ochoty oddawać dwóch godzin dziennie korkom tylko po to, żeby wieczorem wrócić i zamknąć się w czterech ścianach. Co mi po segmencie, jeśli wszystko byłoby „gdzieś dalej”? Wolę wsiąść w tramwaj albo metro i po kilku minutach być w centrum, wśród ludzi. Życie na obrzeżach nigdy nie było dla mnie opcją — mówi bez wahania.
W końcu znaleźli rozwiązanie pośrodku i kupili trzypokojowe mieszkanie na dziewiątym piętrze w bloku na warszawskich Bielanach. Dziś oboje mówią, że to był dobry wybór. Mąż docenia spokój tej części miasta, a Karolina — to, że wciąż ma Warszawę „pod ręką”. Do centrum dojeżdża metrem w kilkanaście minut. W okolicy mają ulubiony warzywniak, dużo zieleni i kilka miejsc z klimatem na śniadanie albo kolację.
Karolina zaznacza też, że nie widzi siebie na nowym osiedlu. — Wolę starsze bloki — są praktyczne, sensownie zaprojektowane i zazwyczaj wszystko jest blisko. Nie ma tu też tego wrażenia, że zza ściany słychać każdy ruch, ani sąsiadów, którzy z ciekawości zaglądają w okna. Znajoma z nowego budownictwa narzeka, że słyszy nawet, kiedy sąsiad spuszcza wodę w toalecie. Tutaj to brzmi jak żart — śmieje się.
Ich mieszkanie na dziewiątym piętrze ma zabudowany balkon. Wieczorami siadają tam, patrzą na panoramę i światła miasta, które nie zwalnia nawet nocą. — Na tym etapie życia to dla nas idealne rozwiązanie — mówi Karolina. — I cieszę się, że tym razem udało mi się postawić na swoim — dodaje z uśmiechem.
Wybór mieszkania wbrew trendom i radom mamy
Wbrew radom mamy i modzie
— Doskonale pamiętam moment, kiedy zaczęliśmy rozglądać się za mieszkaniem. Mama w kółko powtarzała: "Tylko pierwsze piętro, dziecko. Jest jasno, wygodnie i nie musisz liczyć na windę" — opowiada Martyna. Na początku celowała w lokale z ogródkiem, bo taki był wtedy kierunek — większość znajomych właśnie o tym mówiła i tego szukała. Z czasem jednak zaczęła się zastanawiać, czy to na pewno wybór dla niej.
— Dzisiaj młodzi chcą nowych osiedli, ogródków albo tarasów. To się świetnie sprzedaje i wygląda "na czasie". Najpierw wszyscy rzucili się na parter, a teraz przerzucili się na segmenty i kończą, stojąc godzinami w korkach — zauważa.
W końcu Martyna postawiła na coś, co wcześniej skreślała bez wahania — mieszkanie na czwartym piętrze w bloku bez windy. Przeważyła cena, sensowny układ, metraż i to, że całość po prostu bardziej jej pasowała. Dodatkowym argumentem były historie koleżanki z pierwszego piętra, która niemal codziennie słyszała krzyki dzieci bawiących się tuż pod oknami.
— Nie mam nic do dzieci, tym bardziej że sama jestem już mamą. Ale na nowych osiedlach maluchy często biegają po parkingach i między autami, bo brakuje im wydzielonych miejsc do zabawy. Rodzice są przekonani, że skoro osiedle jest zamknięte, to nic złego się nie stanie. Tyle że to nie są dobre warunki ani dla dzieci, ani dla sąsiadów, którzy po pracy chcą zwyczajnie odpocząć — mówi.
Rozsądek wygrał: zalety starego bloku
Przez przypadek natknęła się na mieszkanie z czterema pokojami, sensownie zaplanowanym układem i w spokojniejszej części miasta. Sam blok — choć dziś nie uchodzi za modny — miał już kilkanaście lat, był dobrze utrzymany, a okolica oferowała wszystko, czego im trzeba: sklepy, usługi i szkołę z boiskiem tuż za oknem. To dawało jej też spokój, że deweloper nie wciśnie tu nagle kolejnego budynku.
— Kiedyś śnił mi się nowoczesny apartament z wielkim tarasem. Dorastaliśmy na serialach z TVN-u, w których luksusowe wnętrza w centrum były symbolem „dobrego życia”. Każda z nas chciała mieć coś podobnego. Tylko że ostatecznie wygrał rozsądek — mówi z uśmiechem.
Po narodzinach dziecka brak windy potrafił dać się we znaki, ale — jak podkreśla — to był etap, który minął. Dziś widzi w tym nawet plus: codzienne wchodzenie po schodach traktuje jak porcję ruchu. — Może kiedyś się przeprowadzimy, bo na starość winda może okazać się konieczna. Na razie jednak jestem zadowolona. Nie mam pod oknem parkingu, dzieci mają swoje pokoje, a mieszkanie jest ciche i porządnie zrobione. Stare budownictwo naprawdę ma swoje zalety — podsumowuje Martyna.