Czy Warszawa celowo blokuje jedną z najważniejszych dróg do miasta? Ofiarą 27 tysięczne miasteczko pod Stolicą

Korki na północnym wjeździe do Warszawy stały się codziennością, która dla tysięcy mieszkańców Łomianek jest czymś więcej niż tylko niedogodnością. To frustrujący rytuał powtarzający się każdego ranka i popołudnia, od lat pozbawiony realnych rozwiązań. Dziś narasta jednak nowe pytanie - czy problem korków to wyłącznie efekt wzrostu liczby samochodów, czy może skutek decyzji podejmowanych w Warszawie? Mieszkańcy Łomianek coraz częściej sugerują, że wiedzą, gdzie tkwi źródło problemu.
- Paraliż komunikacyjny - Łomianki stoją każdego dnia
- Wąskie gardło - skrzyżowanie Pułkowa/Wójcickiego dławi całą trasę
- Czy miasto nie chce rozwiązać problemu? Zadziwiające decyzje ZDM
- Kontrowersyjna sprawa z pismami do radnego Rusieckiego
- S7 - rozwiązanie za 10 lat (jeśli nie będzie opóźnień)
- Mieszkańcy mają dość i rozważają radykalne formy protestu
Paraliż komunikacyjny - Łomianki stoją każdego dnia
Łomianki to 27-tysięczne miasto, które funkcjonuje w praktyce jako część aglomeracji warszawskiej. Tysiące osób codziennie próbują dostać się samochodem do pracy, szkół lub urzędów w stolicy. I każdego dnia trafiają na ten sam mur - drogę krajową nr 7, która od granicy Łomianek z Warszawą po prostu... przestaje działać.
Kierowcy ruszają z Łomianek, ale już po kilku minutach stają w kilkukilometrowym korku. Rekordziści potrzebują 40–60 minut, by pokonać kilka kilometrów, które w normalnych warunkach zajęłyby siedem minut. Gdy coś się wydarzy na drodze (wypadek, opady śniegu, czy poranna akcja policji „Trzeźwy poranek”) korki rozlewają się dosłownie na całe Łomianki. To nie jest chwilowe przeciążenie ani efekt pojedynczych wypadków - to systemowy paraliż, który od lat narasta i którego nikt realnie nie rozwiązuje.
Co ważne, ta trasa to jedyna główna wylotówka z północnych gmin do Warszawy, która nie została zmodernizowana do parametrów drogi ekspresowej. Mieszkańcy doskonale wiedzą, że niewydolność DK7 nie wynika wyłącznie z natężenia ruchu – ale z jednego kluczowego punktu, który blokuje całą trasę, ograniczając przy tym dopływ samochodów do Warszawy.
"Warszawa wzięła sobie Łomianki za zakładnika. Jednak drogą krajową nr 7 do Warszawy wjeżdżają także mieszkańcy Gdańska, Torunia, Olsztyna, Szczecina czy sąsiednich powiatów to prawie 1/3 terytorium Polski. Taka samowola Prezydentów miast na prawach powiatu na drogach krajowych jest możliwa dzięki art 19 ust 6 ustawy o drogach publicznych. Dlatego w najbliższym czasie należy podjąć działania w kierunku wykreślenia tego przepisu, bo narusza Konstytucjyjną zasadę równości wobec prawa” - uważa radny Łomianek Piotr Rusiecki.
Wąskie gardło - skrzyżowanie Pułkowa/Wójcickiego dławi całą trasę
Wszyscy kierowcy z Łomianek doskonale wiedzą, gdzie utykają samochody każdego dnia. To skrzyżowanie ulicy Pułkowej z ulicą Wójcickiego, leżące w Warszawie prawie na granicy z Łomiankami. Miejsce zarządzane przez warszawski ZDM. To właśnie tam zaczyna się korek, który czasem kończy się kilka kilometrów dalej na północ.
To jednak dopiero początek problemów. Bo nawet gdyby to skrzyżowanie działało idealnie, nadal pozostają dwa kolejne punkty zapalne położone kilkaset metrów dalej na południe:
- skrzyżowanie Pułkowej z Dzierżoniowską,
- skrzyżowanie Pułkowej z Heroldów.
Wszystkie trzy światła tworzą wspólny, ściśle powiązany system. Jeśli jedno z nich działa zbyt wolno - zapycha się cała trasa, a korek rozlewa się w kierunku Łomianek. Każdy kierowca widzi to codziennie, ale urzędy zdają się patrzeć gdzie indziej.
Do tego dochodzi zwężenie jezdni przed Mostem Marii Skłodowskiej-Curie, gdzie dwa pasy zwężają się w jeden, mimo, że infrastruktura w tym miejscu jest przewidziana na dwa pasy. Jest asfalt, wystarczyłoby przesunąć betonowe bariery i przemalować pasy. Taka organizacja ruchu panowała tu przed remontem mostu Grota Roweckiego, co można zobaczyć na Google Street View na zdjęciach z 2011, 2012 i 2014.
Czy miasto nie chce rozwiązać problemu? Zadziwiające decyzje ZDM
Warszawski ZDM od lat twierdzi, że sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu Pułkowej z Wójcickiego działa „na maksimum swoich możliwości”. Problem w tym, że konfrontacja z twardymi danymi budzi spore wątpliwości.
Tylko 52% cyklu dla drogi krajowej?
Z oficjalnych danych przekazanych w piśmie do radnego Łomianek Piotra Rusieckiego wynika, że w ciągu dnia:
- zielone światło dla kierunku Łomianki → Warszawa trwa 62 sekundy,
- cały cykl trwa 120 sekund.
To oznacza, że główna arteria północna Warszawy otrzymuje zielone światło zaledwie przez nieco ponad połowę czasu. Trudno zrozumieć, dlaczego główny ciąg komunikacyjny, obsługujący ogromny tranzyt, nie ma priorytetu. Oczywiście ZDM zasłania się informacją, że sygnalizacja jest adaptacyjna i dostosowuje się do bieżącej sytuacji. Ale podstawowe ustawienia dają głównemu ciągowi drogi tylko wspomniane 52% czasu. Należy przy tym zauważyć, że nie jest to skomplikowane skrzyżowanie z wieloma dochodzącymi ulicami i licznymi przejściami dla pieszych. To główna droga, która od jednej strony ma Las Młociński, a od drugiej dochodzi do niej jedna droga podporządkowana, w dodatku ze stosunkowo niskim natężeniem ruchu. W takiej sytuacji przeznaczenie zaledwie 52% czasu na główny ciąg drogi krajowej wydaje się wysoce niewystarczające. Co potwierdzają codzienne korki.
ZDM powołuje się na badania… których nie ujawnia
W piśmie wysłanym do mieszkańca urząd przekonuje, że obecne ustawienia wynikają z „badań ruchu” oraz „analiz prowadzonych w terenie”. Jednak nie pada ani data, ani metoda badań, ani ich wyniki. Tylko duże ogólniki. Warszawa zasłania się analizami, których w praktyce nikt - oprócz urzędników - nie widział.
Co istotne, ZDM twierdzi także, że „zbyt długie zielone światło obniża przepustowość”. Sformułowanie bardzo zaskakujące, zważywszy że w polskich przepisach nie istnieje maksymalny dopuszczalny czas trwania zielonego światła, a dłuższe niż 62 sekundy cykle zielonego światła można zaobserwować na bardzo wielu skrzyżowaniach w całej Polsce.
Kontrowersyjna sprawa z pismami do radnego Rusieckiego
Radny Łomianek Piotr Rusiecki otrzymał 20 listopada 2025 od ZDM oficjalne dane o długości zielonego światła. Problem w tym, że - jak natychmiast wykazali mieszkańcy, dokonując pomiarów na miejscu - dane były niezgodne ze stanem faktycznym.
- ZDM twierdził, że zielone trwa 83 sekundy.
- Mieszkańcy zmierzyli około 60 sekund.
- Po publicznym oburzeniu ZDM… przysłał kolejne pismo, w którym przyznał, że poprzednie dane były błędne i podał nowe - krótsze o blisko 25% (i wynosi realnie wspomniane wcześniej 62 sekundy)
Poniżej - pismo przesłane z ZDM o godzinie 9:43 dnia 20 listopada 2025

Poniżej - pismo przesłane przez ZDM po oburzeniu mieszkańców bazującym na realnych pomiarach czasu zielonego światła na skrzyżowaniu.

To budzi pytania:
- Czy ZDM nie wie, jak ustawione są jego własne światła?
- A może pierwotne dane były oparte na starych ustawieniach, których nikt od dawna nie aktualizował?
A może… - to już pytanie, które coraz głośniej zadają mieszkańcy - ktoś świadomie ogranicza przepustowość tej trasy? Odpowiedź pozostaje w sferze domysłów, ale zderzenie oficjalnych pism z rzeczywistością na ulicy mówi samo za siebie.
Buspas, który miał pomóc, a może do końca sparaliżować Łomianki
Od wielu lat Łomianki apelują do Warszawy o dobudowanie trzeciego pasa do jazdy na Pułkowej, który w godzinach szczytu mógłby pełnić rolę buspasa. Taki wariant byłby realnym odciążeniem zarówno dla samochodów, jak i komunikacji miejskiej. Niestety - stolica odrzuciła tę koncepcję.
W piśmie z 2025 r. Urząd m.st. Warszawy tłumaczy, że:
- budowa dodatkowego pasa wymagałaby wieloletnich procedur środowiskowych,
- żadna z przedstawionych propozycji nie daje „zadowalających rezultatów”.
Co ciekawe, urząd nie przedstawił ani wyników analiz, ani obliczeń, ani prognoz ruchu, które miałyby uzasadniać tę decyzję.
Jeszcze bardziej zaskakujący jest jednak inny fragment pisma. Warszawa proponuje bowiem alternatywę: wyznaczenie buspasa na jednym z istniejących pasów jezdni. Oznacza to w praktyce zwężenie trasy w kierunku Warszawy i jeszcze większe ograniczenie przepustowości.
Jak zauważają mieszkańcy - już dziś, przy dwóch pasach, Pułkowa stoi przez większość dnia. Trudno wyobrazić sobie, co stałoby się, gdyby zabrano jeden z tych pasów. Propozycja wydaje się bardziej próbą wystraszenia mieszkańców „że może być jeszcze gorzej” a nie realną próbą rozwiązania ogromnego problemu.
S7 - rozwiązanie za 10 lat (jeśli nie będzie opóźnień)
Droga ekspresowa S7 między Kiełpinem a Warszawą ma być docelowym lekarstwem na korki na DK7. Projekt zakłada:
- połączenie Łomianek z Trasą Armii Krajowej,
- budowę dwóch kilometrowych tuneli pod Bemowem i Bielanami,
- duże odciążenie obecnej Pułkowej od ruchu tranzytowego.
Brzmi jak zbawienie. Problem w tym, że realne terminy są… mało optymistyczne.
Aktualnie trwa projektowanie trasy, a jej przebieg obejmuje gęsto zabudowane tereny i skomplikowaną infrastrukturę. To inwestycja o ogromnym stopniu trudności. Choć oficjalnie mówi się o ukończeniu około 2032 roku, mieszkańcy słusznie obawiają się, że opóźnienia mogą być znaczące.
Innymi słowy - przez kolejne 7–10 lat Pułkowa będzie jedyną drogą dla całej północnej części aglomeracji, a Warszawa musi jakoś ten ruch obsłużyć. Pytanie tylko: czy robi cokolwiek, by to ułatwić?
Mieszkańcy mają dość i rozważają radykalne formy protestu
W internecie wrze. Mieszkańcy Łomianek na forach i grupach coraz głośniej mówią o blokadzie Pułkowej. Padają konkretne propozycje. Argument jest prosty: „skoro miasto nie chce nas słuchać, trzeba zrobić coś, czego nie da się zignorować”.
Takie formy protestów nie są w Polsce nowością. W Raszynie i Markach blokady dróg znacząco przyspieszyły decyzje inwestycyjne. Mieszkańcy Łomianek pytają więc - czy paraliż północnej Warszawy to jedyna droga, aby ktoś wreszcie potraktował ich problemy poważnie?
Coraz więcej osób uważa, że inaczej się nie da. Latami proszono, apelowano, pisano pisma. W odpowiedzi otrzymywano ogólniki, niepełne dane, a czasem - jak w przypadku pism ZDM do radnego Rusieckiego - informacje tak nieprecyzyjne, że społeczność musiała je sprawdzać… stoperem przy światłach.
„Oprócz zablokowania DK7 już po stronie Łomianek, najlepiej w szczytach komunikacyjnych, należy też zidentyfikować urzędników odpowiedzialnych za paraliż tej drogi krajowej, bo to są realne starty finansowe (szacuję na kilkaset milionów złotych rocznie) nie tylko dla Łomianek, ale całego Państwa” - twierdzi Rusiecki.
Dziś frustracja osiągnęła poziom, którego nie da się już ignorować. Jeśli dialog nie przynosi efektów - mieszkańcy są gotowi mówić głośniej.